Ćwiczenia Kryzysowe

0
1434
fot. Fotolia

Za sprawą ostatnich zleceń jakie realizujemy opublikowałem kilka wpisów, artykułów dotyczących strony zawodowej tych działań. Z dużym odzewem spotykają się artykuły o zarządzaniu ciągłością działania oraz związanym z tym tematem – zarządzaniem kryzysowym. W ciągu ostatniego miesiąca spotkałem się z przedstawicielami kilku firm, które są zainteresowane zarówno BCM jako takim (systemem zarządzania ciągłością działania) jak i realizacją szkoleń w zakresie reagowania kryzysowego. I temu drugiemu zakresowi poświęcę dzisiejszy artykuł.

Ćwiczenia – to też szkolenia

Mam wrażenie, że za sprawą wydarzeń wypełnionych „fajerwerkami” wielu osobom myli się cel i sens realizacji szkoleń w formie praktycznych ćwiczeń – tu ze zdarzeń kryzysowych. Oczywiście wydarzenia, w których wpada banda uzbrojonych napastników i żąda kasy, czy szkolenia w których na fabryce leżą porozrzucani pozoranci z różnymi ranami, dodajemy zadymienie … o tak – fajnie to wygląda.

TYLKO NIE OD RAZU!!!

Uczymy się jeździć samochodem

Zastanawiałeś się drogi Czytelniku – jak uczyłeś się jeździć samochodem? Najpierw był kurs teoretyczny, potem coś pomiędzy teorią i praktyką – czyli instruktor objaśniał co w aucie do czego służy, a potem zaczęły się jazdy. Po wyjeżdżeniu – konkretnej ilości godzin i ukończeniu teorii (egzamin wewnętrzny) – czas na egzamin.

A jak wygląda to w ćwiczeniach kryzysowych? 

Uczestnicy ZNAJĄ zasady i procedury (a przynajmniej byli uczeni) a więc PRZETESTUJMY!!!

Chwila… chyba coś się zagubiło po drodze… A gdzie wprowadzenie? A gdzie jazda z instruktorem na sąsiednim fotelu? Dlaczego od razu egzamin?

Nabywamy kompetencji

Model jest dość prosty – trzymajmy się przykładu samochodów.

  • Nieświadoma niekompetencja – to ten moment, co patrzymy na kierowcę i wydaje nam się proste. Kółkiem pokręci, wajchę przerzuci, coś tam zaświeci i zgasi… Uchyli okno i wystawi łokieć – co w tym trudnego?
  • Świadoma niekompetencja – wsiadamy do auta i … nawet nie wiemy jak zrobić „zimny łokieć”.
  • Świadoma kompetencja – czyli czas w którym już wiemy co i jak, ale nadal musimy pamiętać kolejność.
  • Nieświadoma kompetencja – czyli już nawet nie pamiętamy, jak się „robi zimny łokieć”.

I właśnie tu jest diabeł pogrzebany, jak mówi staropolskie przysłowie. Jak kształcenie umiejętności pominie jakikolwiek etap – niestety nie będzie dobrze. Podstawy – czyli czas w którym można skupić się na zapamiętywaniu właściwych sekwencji działań, odczytywania informacji (w samochodzie – z zegarów, w sytuacji kryzysowej też są „zegary”), reagowania na nie i wiele innych rzeczy. Jeśli zostanie rozproszony dodatkowo elementami krajobrazu – naprawdę niewiele zostanie.

Ćwiczenia na sucho

Kiedyś, jeszcze w latach 80-tych i 90 tych ubiegłego wieku, a więc bardzo dawno byłem strażakiem ochotnikiem. Zanim wyjechaliśmy na prawdziwe akcje – sporo ćwiczyliśmy „na sucho”.

Ot takie ćwiczenie

Rozwinięcie dwóch linii gaśniczych (do dziś pamiętam). Najpierw spięcie linii ssawnej (2 x 110 plus smok), wrzucenie do basenu, w tym czasie mechanik odpalał motopompę (dzikim skokiem), potem 2 x 75 , rozdzielacz i dwie linie 2 x 52. Czas na sucho – 27 sekund – sekcja (jeszcze wtedy, potem zastęp) liczyła 6 osób.

A w międzyczasie jak nie było ćwiczeń, to się brało dwa odcinki (węża) i spinało korony z zamkniętymi oczami, czy w czasie gadania. Korony – to to co łączy odcinki. Znowu – NA SUCHO.

Co to dało?

W zawodach kiedyś się rozpięła linia gaśnicza, a już była zasilona. Do dziś nie wiem, jak podałem sygnał „rota II woda stop”. I tym bardziej nie pamiętam, jak spiąłem odcinki i podałem komendę podania wody. Podobno to nie trwało nawet 3 sekund (przy akcjach ratowniczo-gaśniczych też kilka takich było).

Mam nadzieję, że już coś świta…

Przygotowanie

W czasie ćwiczeń w garażu czy na placu obok jednostki ćwiczyliśmy wszystko na sucho. Spinanie węży, komendy (ręcznie – do dziś pamiętam, specjalność nazywała się łącznik czy jakoś podobnie), pracę z kluczami.. Ale to wszystko kawałek po kawałku. Patrząc jak najlepiej złapać korony (i jak są zbudowane). To samo z rozwijaniem odcinków – splątany zabiera sekundy w podaniu wody. Czasem mocno cenne. I rozwijaliśmy i zwijaliśmy te odcinki. Naprawdę aż do przesady czasem. Tak się wydawało. Ale potem… rozwinięcie może nie było 27 sekund, ale naprawdę szybko.

Ćwiczenia kryzysowe

Tak samo jest z wyszkoleniem kryzysowym. Też trzeba zacząć od podstaw. Nie od TEORII – bo ta jest często naprawdę na wysokim poziomie. Ale zacząć od ćwiczeń SPOKOJNYCH. Od takiego spinania koronek, czy rozwijania węża (odcinka). Tak, żeby był czas pomyśleć, zastanowić się. „Przegryźć”.

Praktyka – czyli lider

Na ostatnim szkoleniu miała miejsce ciekawa sytuacja. W jednej z grup mieliśmy dwóch liderów naturalnych (to tez argument za stopniowym szkoleniem – szukamy ludzi do ról, a nie wyznaczamy). I lider nazwijmy to pierwszy, w pewnym momencie zajął się poszkodowanym. Sprawę pomału przejmował drugi lider. Przy sytuacji naprawdę dynamicznej, gdzie byśmy puścili grupę na prawdziwe zdarzenie – z pełną sekwencją zdarzeń, w otoczenie, z zasadami łączności… mało który by pamiętał o czym mówimy na podsumowaniu. Tutaj, dzięki krótkiemu szkoleniu (scenariusz podstawowy – 3 kroki, oraz scenariusz komplikacji – 4 komplikatory) udało nam się utrzymać i podtrzymać pamięć o tym jak była przekazywana rola. I… wzmocnić dobre oraz wskazać słabe.

Wyrwało

Kolejna dygresja do prowadzenia aut. Tym razem sytuacja z pogotowia ratunkowego – jeździłem w tym dniu na wypadkowej i pojechaliśmy do dachowania. Młodzian – kierowca nieco się obił, ale przytomny i tak sobie gadaliśmy w drodze do szpitala. No jechał nieco ponad 100 i „nagle mu kierownicę wyrwało”. Zapytałem – jak prowadził? No jak to jak – jak zawsze. Lewa – zimny łokieć i paluszkami trzymał kierownicę, a prawa na drążku zmiany biegów…

Czego zabrakło?

Nikt młodzianowi nie wytłumaczył jak trzymać kierownicę. Tzn. nikt kto byłby autorytetem dla młodego. Rozbił ojcu wartburga.

Podsumuję, bo znowu długi wpis

Kształcenie w reagowaniu kryzysowym jest takim samym procesem kształcenia jak w każdym innym obszarze. Musi być podbudowa teoretyczna, instruktaż, próby na sucho (pod okiem instruktora), a dopiero potem, jak się pojawi biegłość, możemy sprawdzać w ćwiczeniach. Skrócenie tego toku niestety, może spowodować brak właściwych podstaw i postaw w miejscu zdarzenia. Bo… ktoś przeoczy. Albo – jak w przypadku młodzieńca z wartburga – zawsze tak jeździłem. Czyli błędne podstawy. Nie zawsze się mszczą, ale jeśli już – to naprawdę z rozmachem.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here