Słupkizm – Choroba czy Religia?

0
1439

Obserwując kolejną firmę, która zmierza do krawędzi, albo dokładniej – to pięknego kryzysu (jestem fanem wszelakich kryzysów i wyciągania z nich firm, wybaczcie), zaczynam się zastanawiać, o co chodzi?

Słupkizm

Naprawdę zaczynam się zastanawiać, że słupkizm zaczyna być nową religią, uprawianą nawet dość powszechnie w wielu organizacjach. Objawia się „modleniem” do słupków i wykresów. Z pominięciem jednej ważnej kwestii. Za każdym ze słupków są ludzie. Pracownicy – jeśli słupki dotyczą kosztów. Klienci – jeśli dotyczą sprzedaży. Niestety jak obserwuję nie jest ważne KTO, ważny jest piękny wykres, obrazujący spadek, czy wzrost, tłumaczone czasem w tak idiotyczny sposób i z takim nagięciem zasad statystyki, że aż mnie wszystko boli.

Jak się można zarazić?

Tak, bo jeszcze nie rozstrzygnąłem, czy słupkizm jest chorobą czy religią. Więc zakładam, że da się też zarazić. Częstym miejscem w którym występuje wirus wywołujący słupkizm (tak, to chyba jednak choroba) są różnego rodzaju konferencje, sympozja i inne spędy, na których specjaliści i managerowie, w tym tez top – dowiadują się o nowych sposobach „optymalizacji”. Mniej więcej te sposoby polegają na umiejętnym zestawianiu czynników do czynników oraz prezentacji tych zestawień w coraz bardziej wymyślnych formach.

Niestety, w skrajnych przypadkach okazuje się, że słupkizm przesłania jedną istotną kwestię. Nie handlujemy słupkami i zestawieniami.

Tylko czym?

Wiele osób teraz odpowie że usługami i produktami. Zaproponuję nieco inne spojrzenie. Otóż w ostatnim czasie dość często pracuję w przemyśle i dla przemysłu spożywczego. Dlatego przykłady będą z tego obszaru. I na ostatnich szkoleniach z kryzysów i z ciągłości działania tak sobie debatowaliśmy nad tym – czego dostarcza taka sieć kawiarni (na szczęście jest ich kilka w Polsce) lub cukierni?

  • Naprawdę kawę? I ciastko? To można kupić też w barze mlecznym. Może warto przedefiniować. W centrum handlowym – to jest miejsce na „poradowanie się z zakupów”. Tam gdzie wpadają pracownicy biurowi – miejsce na chwilę relaksu. I mam naprawdę nieodparte wrażenie, że twórcy koncepcji tych sieci (kilku) kawiarni właśnie to chcieli osiągnąć. Fajna muzyka, wystrój, wygodne meble, wi-fi, wyposażenie nieco „kojące”. Tak, tak, do tego zmierzam. Picie kawy zaczyna być graniem na emocjach, ale ja nie mam z tym problemu. Bo akurat wpadam do takich miejsc nieco zwolnic, odpocząć, podelektować się kawą.
  • A jak jest z cukierniami? Ot takie torty… Naprawdę chodzi o TORT? Sumę składników wykorzystanych w torcie, ilość czasu pracy pracownika, koszt opakowania? A może znów emocje? Fajny tort – to zadowolone dziecko. Zadowolenie wzmagane dobrymi opowieściami o imprezie.

W pogoni za słupkami

I wpada słupek… I niszczy te emocje. Bo koszty były za wysokie (tako rzecze słupek), więc je obcięto, proces był inaczej ułożony, za długi, za rozwlekły, za… drogi (tako rzecze słupek) więc go zmieniono. Wszak doskonały folder, mówca, artykuł mówiący o tym, ze można lepiej, taniej – tak mówili i mało tego – dawali na dowód … tak. SŁUPKI, które podobno potrafią przemawiać. Ewentualnie dodawali dla wciąż sceptycznych linie trendu, które potrafią przemawiać jeszcze dosadniej.

Mam złą nowinę. One nie mówią. One mają pomóc mówcy zobrazować. A nie mówić za niego…

Dalszy rozwój choroby

Skoro SŁUPKI powiedziały, wspierane LINIĄ TRENDU, że nie jest dobrze (bo konkurencja lepiej, bo sprzedaż spada, bo koszty rosną), to trzeba coś zaradzić. I tu się zaczyna najgorsze. Majstrowanie słupkami z poziomu sali konferencyjnej, z poziomu gabinetów szefów. Bez zrozumienia, że za nimi (słupkami) też są emocje.

  • Emocje pracownika – bo czy w Londynie za 7,25 funta, a w Warszawie za 8 złotych za godzinę naprawdę da się godnie żyć? Nie? No jasne, stąd emocje. ZŁE – frustracja.
  • Emocje pracownika. Bo czy jak maszyna nie ma na czas przeglądu, bo „może jeszcze tydzień bez wymiany…” – to naprawdę to jest takie bez wpływu na utrzymanie ruchu? Sorry, ale z moich obserwacji gościu z utrzymania ruchu jest w takiej sytuacji mocno nerwowy. Bo jak nie uda „się jeszcze tydzień..?”

I wiele innych, które w efekcie wpływają jednak na jakość produktu czy usługi. Czyli emocje… klienta. Źle obsłużony… niesmaczne ciastko… „Nigdy tu nie wrócę..”

Stan agonalny

W tym momencie często już słupki tak zakorzeniły się w życiu kadry, że są centralnym życiem firmy. Celem, bożyszczem, idolem. Każdy ruch w dobrą stronę wywołuje euforię, każdy ruch w złą – kwasy takie, że „bez kija nie podchodź”. Niestety, najczęściej dochodzi do sytuacji, w której wszystko nagle zaczyna lecieć na łeb na szyję. Spada wydajność, za nią zyskowność, wzrastają koszty. Ale ciągle i wciąż trzeba się doktoryzować nad słupkami. Litry.. co tam – hektolitry kawy. Godziny przesiedziane na ględzenie jak zrobić, żeby .. SŁUPEK rósł. A LINIA TRENDU przestała mierzyć w podłogę.

Do brzegu…

Skutki takich historii są naprawdę smutne. Najczęściej. Pracuję w bezpieczeństwie biznesu – takim dość wysoko ulokowanym od wielu lat i tak sobie obserwuję. I od wielu lat, a nawet nastu czy więcej (pierwszy słupkizm zdefiniowałem w 1997 roku) widziałem wiele upadków firm. Przejęć, nawet takich marek z pierwszych stron gazet. I ogarnia mnie smutek. Bo rozwiązanie jest przecież takie proste.

  1. Jak coś się sypie, to idź na produkcję… Bo to nie na kartce na której wydrukowane są słupki, linie i wykresy coś się dzieje. To tylko fotografia. Leczenie przez słupki to jak leczenie nowotworu dajmy na to płuc przez zdjęcie RTG klatki piersiowej. Poprawmy zdjęcie i będzie ok… tyle, że pacjent nie dożyje kolejnego zdjęcia.
  2. Jak tniesz koszty to… masz inny produkt. Naprawdę. A czy sprawdziłeś, czy ten inny produkt (modyfikacja bazowego) będzie równie dobrze przyjęty co stary? To taka moja filozoficzna uwaga. I przykład. Jak PKP pod nazwą IC puszczało stare składy, rozsypujące się i syfiaste wagony, przestałem jeździć kolejami. Częściowo wróciłem po wprowadzeniu nowych składów, ale już pewnych tras nigdy nie odzyskają. Ale koszty były niższe.
  3. Jak chcesz bawić się ślicznymi słupkami dla ich śliczności, robić ładne grafiki i prezentacje… to chyba czas na zmianę branży. Jakaś reklamowa, czy drukarnia… Bo statystyka ma służyć. Czemuś więcej niż zadowoleniu z pięknego wykresu.

W sumie tyle. Trzy zasady, pewnie można jeszcze więcej. Ale naprawianie nie może być za skomplikowane. Musi być proste.

  • PS To są tylko moje obserwacje, oparte na ponad 500 projektach w bezpieczeństwie firm i organizacji przez 22 lata. Także materiał badawczy – kilkadziesiąt firm, jest moim zdaniem dość dobry.
  • PS 2 Dla tych co mnie zawodowo znają i wiedzą co robię na bieżąco. Ten artykuł zacząłem pisać we wtorek z samego rana. 7 marca – i naprawdę byłem pełen obaw, na nieszczęście znów się okazało słusznych. Ale tak, mam coś takiego że przewiduję, choć raczej powinno się powiedzieć – zauważam. I nie mam konszachtów z ciemną stroną. To, że padnie zasilanie i maszyna będzie do remontu – po prostu było widać (kilkanaście milionów straty plus utrata przychodu – 2012 rok). To, że chochlą się można udławić, czyli zacząć obsługiwać kilkanaście obiektów składem gotowym na kilka, też (utrata całego kontraktu – kilkaset tysięcy miesięcznie w 1997 roku). To, że brak jest backupu-zdublowania krytycznego surowca, z terminem dostawy 3 miesiące, może spowodować załamanie produkcji, było widać. Upadek firmy i wrogie przejęcie (2010). I wiele, wiele innych.
  • PS 3 Nie jestem przeciwnikiem statystyki, wykresów, etc. – wręcz przeciwnie. Ale pamiętam jeszcze od szkoły – liceum handlowe, jak na statystyce wszyscy umierali (mnie akurat bawiła niebywale). Kwartyle, mediany… Potem nie było lepiej. Studia i techniki analityczne w biznesie. O rany… To była jatka na sprawdzianach i egzaminach. Fajnie, bo spróbowałem wtedy co znaczy udzielać korepetycji. A MIS… (management information systems). Fajny przedmiot i do dziś nie rozumiem, czemu był nazywany: MissionImpoSsible. Także osobiście bardzo lubię statystykę, pracować na niej, stosować. Tylko nie każdy ją ogarnia…

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here