Tsunami, Trzęsienia Ziemi… w Polsce

0
376

Po raz kolejny okazuje się, że zdarzenia o charakterze gwałtownym, niosące śmierć i zniszczenie mają też swoisty „dobry” wpływ na obywateli. Otóż jak nigdy nagle okazuje się, że połowa moich rodaków staje się gwałtownie ekspertami od terroryzmu (czy może anty? – nie potrafię rozszyfrować po wypowiedziach), a druga połowa od zagrożeń z sił natury. Potem to zaczyna się mieszać i nagle spece od bezpieczeństwa informacji, stają się specami od zagrożeń meteo i hydro (w sumie powinni, ale w swoimi zakresie – czyli zagrożenia tzw. środowiskowe z ISO 27001 dla lokalizacji centrum danych, serwerów, etc.). Inni – nagle nie stąd ni zowąd wiedzą jak powinny działać służby przy zamachu i dlaczego właśnie tak.

Ciekawe… naprawdę – co silny wiatr, zamach, wypadek – coraz więcej takich mądrych głów.

Krytyka?

Skądże znowu. Ja się bardzo cieszę, że mamy tylu speców, że chce się poszukać i podzielić wiedzą, nawet jeśli to jest wiedza uzyskana za pomocą Google. Bo jednak wiedza. I nasze społeczeństwo mimo wszystko odnajduje sposób na załatanie dziury edukacyjnej w tych obszarach.

Tylko wydaje mi się, że powinno to być jednak informacje nieco usystematyzowane. A teraz nieco ciekawostek z Polski.

UWAGA: ostrzegam, że 15 minutowe prześledzenie wyników z Google nie zawsze wystarczy

Historia dobrą nauczycielką

Choć nie najlepszą, bo niektóre zdarzenia mają miejsce po raz pierwszy, więc w ocenie zagrożeń, a potem oszacowaniu ryzyka nieco… może nam nakłamać. Ale zacznijmy.

Tsunami

W Polsce??? Tak – możliwe w Polsce. A nawet nie tylko możliwe, a były. Jedno w Darłowie, fala nawet do 20 m. 1497 rok. Obrazy i ryciny do dziś wiszą w obiektach w Darłowie, a nawet w formie płaskorzeźb (ambona w kościele). Polecam – warto. Co ciekawe, Darłówko często jest zalewane tzw. cofką – a więc dla naszych nowych specjalistów od bezpieczeństwa można dołożyć podatność miasta, wynikającą z ukształtowania terenu (i dna). Drugie tsunami, bardziej na wschód (kroniki mówią o dwóch miastach) – to 1757. Dla poszukiwaczy termin po polsku: niedźwiedź morski.

Co ciekawe – geneza według naukowców z Państwowego Instytutu Geologicznego to nie trzęsienie ziemi (o których za chwilę), ale osunięcie się dna i detonacja metanu. Ale czy naprawdę …?

Trzęsienia ziemi

Jak rozumiem, po przegrzebaniu przepastnych netowych zasobów, które dostarczył dr. Google możemy już dyskutować o przeważających w Polsce „trzęsieniach ziemi”. Choć mi nie chodzi o te, co wynikają ze szkód górniczych. Różnica jest w efekcie i przyczynie tych efektów – znów, dla poszukiwaczy termin magnituda.

Bardziej chodzi mi o „prawdziwe” trzęsienia ziemi. Zacznijmy od Pomorza i znów w znane już z artykułu, okolice – czyli Darłowo. A dokładniej – wracamy między Koszalin i Słupsk. Moja część rodziny mieszka w Sławnie, mam też wielu znajomych, więc spokojnie, mam dane z pierwszej ręki. 2008 rok – trzęsienie z epicentrum na Bałtyku. I to wcale nie takie słabe.

Więc z tym tsunami kilka wieków temu nie jestem pewien, czy to ten metan.

Ale poza Pomorzem, na południu też mamy sporo wydarzeń. 2004 rok i 4,7 w skali Richtera – czyli chyba rekordzik do dziś w Polsce (magnitudy to pierwsze dokonania w próbie klasyfikacji siły Richtera, połowa XX w.). Poza tym z pamięci, więc mogę nie pamiętać. Zima 2013 rok, a wcześniej – „gorące” lata 90-te. Praktycznie co roku coś się działo. No ale to góry, więc dalej „się dzieje” kształtowanie.

Bądźcie pierwsi…

Tak, znów mi się sarkazm włącza Otóż zachęcam naszych nowych specjalistów do tego, aby już dziś zgłębili nieco wiedzy związanej z tsunami i trzęsieniami ziemi. Będzie można błysnąć PRZED innymi mądrymi głowami i na wiele … dni (a dla siebie lat) zapisać się jako ekspert e tej dziedzinie (oczywiście jeśli znów się zatrzęsie czy też nadejdzie wielka fala).

No dobrze, starczy tego sarkazmu, bo przedpołudniowa kawa przestanie smakować. Kilka odpowiedzi na niektóre tezy, ale za chwilkę.

Specom od bezpieczeństwa informacji, a konkretnie infrastruktury i mogę zalecić tylko wgłębienie się w tematykę trzęsień z przyczyn zawodowych. Tu również – termin magnituda oraz szacowanie skutków wystąpienia drgań o dużej częstotliwości. Ot tak… jak ktoś chce, to zrozumie i nieco inaczej spojrzy na spełnienie wymagań normy ISO 27001 – a konkret tych środowiskowych.

GDPR/RODO – też by się przydało. Bo wchodzi ryzyko zniszczenia danych. Ale to już na marginesie.

Brak systemów wykrywania i ostrzegania

Wróćmy do tego, co w Polsce się działo. Cóż… Taką tezę gdzieś usłyszałem, że nie mamy systemów wykrywania i informowania. Nie bardzo wiem, jak to skomentować, bo mimo wszystko krajem o jakimś strasznym zagrożeniu klęskami to nie byliśmy (chodzi nie tylko o zdarzenia, ale też i częstotliwość ich wystąpienia). Teraz nieco się zmienia i częściej obrywamy, np. wodą 100 letnią czy 1000 letnią (chyba za sprawą zmian klimatu, ale ekspertem nie jestem). Uwaga dla mądrych głów medialnych – skala powodzi do wykucia na blaszkę. Przy czym różne rzeki mają inne poziomy.

Wracając do kataklizmów, skoro nie byliśmy tak mocno nękani, to jakichś specjalnych rozwiązań nie było co budować. Choć fakt. Jak miewamy tsunami, trzęsienia ziemi, to może jeszcze i niedługo będziemy mieć huragany, a może i cyklony? (chyba nie…)

Po drugie to, że nie ma systemów ostrzegania to nieco nieprawda. Mamy kilka, w tym system, który nieco jest zawieszony w działaniach, ale można sobie dla potrzeb bezpieczeństwa własnego oraz firm zastosować analizę ryzyka powodziowego.

ISOK

Bo o nim mowa, czyli Informatyczny System Ochrony Kraju – przed zagrożeniami, w domyśle hydro (główne) i meteo. Choć na dziś jest tylko hydro – kompletne mapy z wykonanymi analizami zagrożenia i ryzyka powodziowego. O tu:

http://mapy.isok.gov.pl/imap/

Mapy są do pobrania w formacie PDF. Niestety, od kilku lat nie zajmuję się bezpieczeństwem publicznym, więc już nie śledzę rozwoju, a jedynie czasem korzystam. Więc nie wiem, co się z ISOK-iem stało. Wiem, że w planach były praktycznie wszystkie kategorie zagrożeń „z sił natury” (to moje określenie), jakie stosuje się w analizie zagrożeń (a potem ocenie ryzyka). Choć głównym cele była kwestia „ogarnięcia” zagrożeń hydrologicznych.

O tych planach o tutaj:

http://www.isok.gov.pl/pl/mapy-zagrozen-meteorologicznych

A całe założenie co do systemu było skierowane właśnie do obywateli. Może medialni specjaliści, mądre głowy zapytają co dalej? Bo nie ukrywam, przydałoby się.

Pogodynka.pl

Kolejny serwis, który nam może dostarczyć wielu informacji, tylko… trzeba go umieć czytać. Poważnie. Stosowałem go w trakcie powodzi w Krakowie, w 2010 roku. Przez pierwsze godziny stałem nad dyżurnymi i tłumaczyłem zależności na danych telemetrycznych z przepływu i wysokości lustra, zasady prognozowania wysokości fali, etc., w tym też z wykorzystaniem innych narzędzi też… z Pogodynki.

A tu mamy dwa podstawowe, z których korzystałem i … nadal korzystam. Wiem np. kiedy zakończyć grilla ze znajomymi, bo idzie deszcz:

Radary – czyli mapa radarowa. Pokazuje natężenie opadów i … tu ciekawostka. Znów nieco sarkazmu wobec mądrych głów. Wczytajcie się co to znaczy odbiciowość i jak naprawdę jest mierzony opad. Będzie można zaskoczyć redaktora. Znajdziecie to pod mapą radarową pod starym adresem (na tym uczyłem dyżurnych). I jak już tak całkiem zabrylować – skala Chomicza obowiązkowo (tylko też warto wiedzieć, jak się oznacza).

Dla rasowych bezpieczników – skala Chomicza i średni opad z ostatnich 10 lat jako podstawa do oceny właściwości zastosowanych zabezpieczeń. Tak, wiem, na etapie projektowania branżyści powinni policzyć połacie dachu, nachylenie, etc i odpowiednio dobrać systemy odprowadzające wodę (rynny, rury spustowe, etc), ale po pierwsze nie zawsze się chce, a po drugie występują u nas opady poza skalą i konwekcyjne. Więc warto się wczytać i zastanowić, czy przypadkiem nie warto by wyposażyć służb technicznych lub ochrony fizycznej (jeśli techników nie ma 24/7) w stosowne procedury i technikę, które ograniczą zalanie? Ale już nie marudźmy… to nie poradnik dla rasowych bezpieczników, tylko sarkastyczno-ironiczny wpis o ponadnormalnym rozroście populacji specjalistów „3minutowych” (od minutowej sesji w necie, która jest podstawą wyrażania osądów i formułowania zaleceń).

Nowy adres radarów:

http://www.pogodynka.pl/polska/radary

Wróćmy do tego, co można na Pogodynce znaleźć w kontekście powodzi w Krakowie w 2010. Uzupełnienie do oceny tego, czy będzie wesoło robiliśmy w oparciu o dane telemetryczne. Też będzie można błysnąć – mówiąc o ostatnich odczytach na wodowskazach:

http://monitor.pogodynka.pl/

Co mnie zaskoczyło, to obecnie są monitory hydro i meteo, natomiast na hydro jest tylko wysokość wody. Nie ma przepływu, czyli parametru, który pozwala zinterpretować, czy dany odczyt lustra nie został zakłócony. No ale nie można mieć wszystkiego.

O np. Nakło:

http://monitor.pogodynka.pl/#station/hydro/153170100

Mamy dziś stany wysokie. Jak sobie odznaczycie po prawej stronie okienko – to nałoży też stany alarmowy i pozostałe (niskie).

WAŻNA UWAGA: Większość danych podawanych jest w czasach UTC (United Time Coordinated), a Polska zależy od okresu – jest +1 lub +2 godziny.

A jak ktoś nie umie czytać i interpretować danych, to może skorzystać z prognoz. A do tego są ostrzeżenia – zarówno SMS (płatne niestety), jak i darmowe, ale to trzeba zerknąć na stronę.

Meteo.pl

To już ostatni serwis, z jakiego czasem korzystam w pracy. Często ochrona fizyczna ma za zadanie spojrzeć w meteorogramy, tak aby zobaczyć czy coś „nadciąga”. Do wyboru są dwa modele prognostyczne – COAMPS, nieco mniej dokładny, na siatce 14 km i długości prognozy 84h oraz model UM (preferuję). Na stronie są też prognozy synoptyka.

http://meteo.pl i trzeba wybrać odpowiedni model.

Dwa zdania komentarza, znów można błysnąć. Od jakiegoś czasu pojawiły się dwa nowe parametry na meteorogramach. Pierwszy z nich – opad poza skalą (było wyżej) drugi – opad konwekcyjny. O ile ten pierwszy technicznie nie wymaga chyba wyjaśnienia, o tyle drugi chyba tak. Raczej nie mechanizm konwekcji (znany np. z grzejników konwekcyjnych w domach), a raczej to, że… nie zawsze spadnie tam, gdzie wskazane. Chyba każdy kojarzy dni parne, spadek ciśnienia (ci co czują), ciężkie powietrze, a tu nic nie pada. Cóż, poszło od nas – bo taka jest istota opadu konwekcyjnego i to trzeba w bezpieczeństwie tez rozumieć. Opad konwekcyjny będzie padał tam, gdzie mu się chce, niezależnie, że od nas i okolicy odparowała masa wody. Po prostu musi trafić na swoją temperaturę punktu rosy (dla zapamiętania i użycia) dzięki czemu woda będzie mogła wypaść (znów do zapamiętania – znów można błysnąć).

Tak przy okazji wypada tutaj podziękować wszystkim fanom betonu i asfaltu, za ograniczenie powierzchni biologicznie czynnych, nie zawsze zgodne z projektami. Oraz głębokie wyrazy uznania dla urbanistów (lub ich braku) w projektowaniu miast (szczególnie). Wątku nie będę rozwijał, ale rasowi bezpiecznicy wiedzą o co chodzi. Szczególnie ci, którym zalało już obiekty, szczególnie te pod poziomem gruntu.

SMS vs Lokalne radio

Nieco się popastwię teraz nad jedną „madrą głową”. Z treści artykułu wynikało, że wiedza naprawdę była z „Uniwersytetu Google”. Z litości (tak, mam) odmawiam publikacji linka do … „artykułu”. Otóż ów „specjalista” dogłębnie rozwodził się nad brakiem powiadomień SMS dla ludności w czasie ostatnich zdarzeń w Polsce. Wskazując chyba, jako główne źródło informowania i alarmowania właśnie komunikaty SMS.

Mam złą nowinę. A w sumie to dwie.

  • Jedna – to pojemność sieci i sposób transmisji. Wszystko jest dostępne na wykładach na „Uniwesytecie Google”, wystarczy poczytać. Dla przypomnienia – „syndrom Nowego Roku”. Tak, rozumiem, w miastach słabiej odczuwalny, ale w miejscach o mniejszym nasyceniu przekaźnikami cóż… Plus sam sposób transmisji – naprawdę warto się wczytać, bo można poznać ograniczenia w transmisji w sieciach GSM. Bardzo istotne, a wręcz krytyczne.
  • Druga zła nowina – zasilanie. Owych przekaźników o których była mowa. Naprawdę każda stacja ma własne zasilanie i to o takim przewidywanym czasie działania, który umożliwi utrzymanie sieci? (UPS + agregat)
  • Dodam trzecią złą nowinę – jak wiatr wieje, to wieje w całym obszarze (odnosząc się już do konkretnego zdarzenia). A to powoduje, że jak łamie drzewa, niszczy zabudowania to i maszty położy lub uszkodzi instalacje. I po naszych SMS… Podobnie woda – jak zaleje rejon, to naprawdę nie oszczędzi BTS-ów. Tak, wiem, są wyżej, ale jest taka paskudna zależność. Otóż jak woda się z prądem spotka, to z reguły wygrywa woda.

Także budowanie systemu powiadamiania i alarmowania w tym kanale komunikacji… uznałbym jako dodatkowe, rezerwowe.

Nieco o tej luce edukacyjnej. Praktycznie w każdym mieście jest lokalne radio. Dla mniej wtajemniczonych – w systemie powiadamiania i alarmowania planów zarządzania kryzysowego radio lokalne jest … ujęte. Tak, tak. Praktycznie wszystkie media – radio i telewizja są ujęte w planach jako partnerzy przedsięwzięć, ale wiele informacji jest dostarczanych przez radio nawet bez udziału administracji.

Dlatego jeśli cokolwiek zalecać, czy rozwodzić się nad tym, że starsi nie mają telefonu z Androidem czy iOS i nie mogą korzystać z appek, może warto zastanowić się, że jednak lepiej edukować w kierunku korzystania z lokalnego radia? Odbiornik – to 50 pln, nawet taki na baterie (wysoce zalecany). Praktycznie wszystkie aparaty telefoniczne od wielu lat, nawet te „nie-Androidowe”, czy „nie-iOSowe” mają wbudowane aplikacje do odbioru radia. I to o nich chyba powinniśmy mówić? Tak pytam…

Tym bardziej, że powodzenia życzę w szukaniu okularów do odczytania SMS jak nie ma prądu. Słucha się prościej. I takie ćwiczonko – ot z czystej już złośliwości. Może tak nasi nowi specjaliści od zagrożeń i sytuacji kryzysowych spróbowali by zobaczyć jak to jest „całkiem bez prądu”? Ręczę… nie, gwarantuję i dzielę się spostrzeżeniami. Wiele osób w takiej sytuacji po prostu jest sparaliżowanych. Nawet brak prądu w danej dzielnicy i mieście nie jest tą samą ciemnością, co brak prądu całkowity, przy całkowitym zachmurzeniu. Wiele osób, z którymi miałem do czynienia w takiej sytuacji miało po prostu ataki paniki. Bo tu pasuje idealnie powiedzenie niejakiego Karolaka z jednego z filmów. O bardzo czarnej przestrzeni.

Krótkie podsumowanie

Krytyka jest jak najbardziej na miejscu. Tym bardziej przy skalach zniszczeń jakie ostatnio widzimy. Niemniej wydaje mi się, że nadal za swoje bezpieczeństwo odpowiadamy również my, a nie tylko służby i instytucje, które MUSZĄ nas informować. Tak – muszą.

Tylko kto ostatnio czytał tablicę ogłoszeń w swojej miejscowości, dzielnicy, urzędzie? Albo kto się pofatygował, korzystając z Internetu, na strony urzędu?

O Autorze

… bo w profilu nie mam uzupełnionych wielu informacji (przepraszam, chroniczny brak czasu). A jak znam rodaków, to zamiast przeczytać ze zrozumieniem, może zdarzyć się atak… na zasadzie – jak ja mam wiedzę z Google, to on pewnie też… A nie…

A więc… pierwsze kontakty ze szkoleniem w zakresie zdarzeń, które dziś nazywamy kryzysowymi – to 1988 rok. Wstąpiłem do Młodzieżowej Drużyny Pożarniczej OSP (oddział 17). Fajnie, bo obok Jez. Zegrzyńskie więc skala nieco szersza niż typowe urbanistyczne, leśne i wiejskie. Byłem w tejże Straży kilka lat, w tym też brałem udział w akcjach ratowniczo-gaśniczych. Ale jako że moja praca to moja pasja (od zawsze) to już wtedy zacząłem się uczyć rożnych rzeczy i poza udziałem w zawodach pożarniczych (co robiła chyba każda jednostka OSP), brałem też udział w OTWP – ogólnopolskim turnieju wiedzy pożarniczej. Dla niewtajemniczonych – Straż Pożarna zajmuje się w Polsce też zwalczaniem klęsk, więc podstawy zacząłem dość wcześnie gromadzić. Dla tych, co mnie prywatnie nie znają – mam 40 lat od tego roku, a do OSP wstąpiłem mając lat 11, we wrześniu. Mimo, że próg był 12 zostałem przyjęty. Więc tak licząc z kalkulatorem – to już 29 lat będzie 8 września.

Potem 1998-1999 Pogotowie Ratunkowe w Warszawie, o tyle ciekawy czas, że powstawała koncepcja – Ratownictwo 2000, a w zespołach, w których jeździłem lekarze byli mocno w to zaangażowani i chętnie dzielili się wiedzą np. z medycyny katastrof (triage dopiero wchodził i dziś jest częścią KSRG, w modelu/systemie START, wtedy nie było KSRG – też były powijaki). No i fajna rzecz – jeździłem w zespole specjalistycznym, R9, w którym na wyposażeniu mieliśmy Lifepack 12, a w bardzo popularnym serialu ER mieli „tylko” „dziesiątkę”. Plus kilka dyżurów na R – neonatalnej się trafiły (noworodkowa), ale to była trauma.

Następny czas – całkiem fajny, już na poziomie administracji samorządowej (2003-2007 Warszawa i 2007-2010 Kraków). Czyli już w środowisku bałaganu, w którym do „orderów pierwsi – do roboty ostatni” (proszę wczytać się w ustawy o samorządzie gminnymi powiatowym vs zadania administracji rządowej). Przypomnę – nie było jeszcze ustawy o zarządzaniu kryzysowym, choć np. siatkę bezpieczeństwa wykorzystywaliśmy już, np. przy pracach nad koncepcją ewakuacji m.st Warszawy. Fajny czas w kryzysówce – bo i na II Sympozjum Naukowe – Zarządzanie kryzysowe w powiecie i w gminie na zaproszenie kmdr. Urbanka pojechałem do CSMW w Ustce, gdzie poznałem wiele fajnych rzeczy. W tym system ALASKA. Tu podpowiedź znów dla „ekspertów” – wojsko od dawna dysponuje bardzo fajnymi rozwiązaniami, w tym właśnie ALASKA, który jest nie tylko systemem gromadzącym dane, ale też można go klasyfikować w MIS – management information Systems (na mojej uczelni było to rozwijane jako MissinImpoSible – jako, że ciężko było moduł zaliczyć, mi akurat się udało chyba na 98%). I w mojej ocenie ALASKA jest systemem klasy DSS – decision suport system (co wynika też z opisu). Jak już pzy systemach – ALOHA – to kolejny fajny, darmowy, jakby ktoś chciał sobie poszukać zagrożeń dla własnego miejsca zamieszkania. Może kiedyś go opiszę i opiszę skąd wziąć dane.

Wróćmy do „krótkiego” BIO. W Warszawie też było nieco zabawy. Od wspomnianej ewakuacji, po założenia do „Gwardii Warszawskiej” pod egidą śp. Władysława Stasiaka (wtedy v-ce prezydenta m. st. Warszawy). Plus to co się w Warszawie działo – operacja EFG 2004 (forum gospodarcze) przed wstąpieniem do UE, Powstanie – 60 rocznica, operacja POCIĄG (zagrożenie zamachem w Metrze) i wiele innych działań w Warszawie.

Po Warszawie przyszedł czas na Kraków – nadal administracja samorządowa. Nieco więcej porządku, bo i Ustawa weszła i więcej dziać się zaczęło „cywilnie”. Tutaj ciekawy paradoks – opracowałem i wdrożyłem procedury na działania kryzysowe w jednej z jednostek administracji (w strukturze Powiatowego Planu Zarządzania Kryzysowego) a następnie te procedury zostały dwukrotnie sprawdzone dosłownie w ciągu następnych kilku miesięcy. I np. rozwiązanie z wysuniętym stanowiskiem dowodzenia idealnie się sprawdziły (opis był wyżej).

A w 2010 dałem sobie spokój z administracją publiczną (nadal jestem na bieżąco na tyle na ile mi to potrzebne do bezpieczeństwa korporacyjnego, czy firm prywatnych). Zrezygnowałem, bo naprawdę, ile można. Po pierwsze – wchodząc po wyborach na zaproszenie nowych władz, opcja: „wszystko poprzednie było złe, zrób nowe”, co jest kretynizmem do potęgi n, a z drugiej, planuję z reguły na kilka lat (strategie) i nagle okazuje się, że po zmianie władzy zmienia się szef wydziału i… znów: „wszystko poprzednie było złe”. Ja nie mam na to zdrowia i chęci, więc prywatny sektor i całkiem chętnie zostałem przyjęty.

Perełki z prywatnego to z pewnością audyty systemów/planów zarządzania ciągłością działania BCM/P, w tym między innymi dla Procter & Gamble (fabryka w Polsce), czy PKO BP (audytowałem zintegrowany system – informacje/jakość/ciągłość działania). Są też firmy, które chętnie bym pokazał, ale w NDA (umowach o poufności) mam zastrzeżenie nazw. A były nie tylko audyty, ale też obsługa incydentów i kryzysów, nie tylko w Polsce, ale np. ostatnio wycofanie produktu w Anglii, czy zalanie (ulewny deszcz) zakładu produkującego żywność (ubiegły rok).

Dzielę się też swoimi pomysłami i koncepcjami – jestem członkiem BSI (British Standards Institution), gdzie jeśli tylko mogę jestem na konferencjach i wydarzeniach (np. Business Resilience & Continuity 2015, gdzie omawiane były dwa standardy – ISO/TS 22317 i ISO 22316 – już wydany, nad którym również pracowałem), czy From Risk to Resilience. Też coś tam w BCI – Business Continuity Institute, ale naprawdę mało czasu, aby coś więcej niż tylko na bieżąco być.

A obecnie idę mocno w kierunku rozwiązań „odpornościowych” w organizacjach. Przeprowadziłem już szkolenia zamknięte ze standardu BS 65000:2014, które niebawem będzie dostępne jako otwarte, ale uzupełnione o rozwiązania z ISO 22316.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here