Niekontrolowana kontrola vel prowokacja

0
23

Czyli jak można sobie zrobić krzywdę.

SAM_0774Na jednym z obiektów przemysłowych pracownicy ochrony realizując patrol mieli obowiązek (przykry czy też uciążliwy) spisywania numerów „pojazdów”. Oczywiście wyglądało to tak, że jeden czy dwóch pracowników realizowało to zadanie poprawnie (chciało się im mieć długopis i kartkę albo chciało im się chcieć – mniejsza o to) a cała reszta (około ośmiu orłów – nie Górskiego) miała wszystko w nosie. Dwa robaczki ciężko pracowały a reszta trutni przepisywała numery „pojazdów” w książce nie sprawdzając czy któryś jest jeszcze na parku czy też nie. Najważniejsze było żeby przepisać numer „pojazdu” i wpisać, że zaplombowano. Sytuacja oczywiście skrajnie skandaliczna, ale nie to będzie tematem tego wpisu.

Jeden z pracowitych robaczków z poczuciem niedowartościowania i ogólną niechęcią do trutni (to drugie jest oczywiście zrozumiałe) przemyśliwał, co zrobić żeby trutniom się dostało za nieróbstwo. Myślał nad tym ze trzy miesiące i wymyślił. Pomysł w założeniach miał szansę powodzenia, ale przy pewnym warunku. Jednak robaczek a raczej „bambosz” nie zawracał sobie głowy formalnościami tylko w książkę „pojazdów” wpisał z kosmosu ściągnięty numer i czekał czy trutnie go powielą. Oczywiście zgodnie z przewidywaniami trutnie jak jeden mąż przepisali ten feralny numer i przepisywali go przez miesiąc.

Pewnego słonecznego dnia (zapowiadał się wyśmienicie) szef ochrony obiektu został wezwany do dyrektora floty. Szef udał się na spotkanie (jak zawsze zadowolony z życia) wszedł do gabinetu i nagle coś przestało pasować. „Pan mi pokaże na parku maszynowym ten „pojazd” o tym numerze”. Szef robaczków i trutni popatrzył na numer (coś już się nie zgadzało), ale poszedł na park i zaczął szukać. Po dwudziestu minutach szef był mokry od potu a pocił się z wściekłości, bo rzeczonego „pojazdu” niestety nie mógł znaleźć. Wrócił do dyrektora floty i powiedział, że za godzinę to wyjaśni. Dyrektor popatrzył i powiedział „ja już sprawdziłem, – bo mało zawału nie dostałem jak się dowiedziałem, że zniknął pojazd o wartości miliona złotych. Niech te wasze bystrzaki nie piszą numerów z kosmosu. Przyjeżdżają do nas „pojazdy” zewnętrzne na remonty i dokumentację mają w kabinie nie wszystko da się sprawdzić w naszym biurze”.

„Bambosz” tłumaczył się popołudniu – szefie chciałem udowodnić, że te trutnie bezmyślnie po nas przepisują numery i nawet nie sprawdzą czy faktycznie tak jest. Szef patrzył wzrokiem ciężkim jak ołów i chłodnym jak góra lodowa. Wstał przeszedł się po pokoju, po czym usiadł za biurkiem – taka mała prowokacja, co? – Tak tak szefie – przytaknął „Bambosz”. Tu szef popatrzył jeszcze cięższym wzrokiem, (choć od ołowiu cięższa jest już tylko antymateria) i odparł głosem spokojnym aczkolwiek grobowym, (choć to niezbyt dokładne porównanie) – bez mojej wiedzy i zgody? Chyba się Panu głowa z dupą pomyliła i pomyślał pan tym drugim. „Bambosz” zbladł i spuścił wzrok. Jego i tak już chaotyczne myśli szalały rozbiegane po głowie (albo dupie – trudno stwierdzić gdyż żadną miarą sam „Bambosz” nie wiedział gdzie i kiedy te myśli biegają). Stał i usilnie starał się uporządkować te rozbiegane myśli, ale skutek tego był taki, że chaos myślowy osiągnął (albo przekroczył – również trudno stwierdzić) poziom chaosu tuż po wielkim wybuchu. „Bambosz” stał i czekał aż z chaosu coś konkretnego się wyłoni, ale niestety narodziny świata już się raz odbyły i nic nie wskazuje na to, aby w najbliższym czasie miały się powtórzyć. Tak, więc „Bambosz” stał i czekał na renesans świata, lecz doczekał się tylko słów szefa – za ten numer będzie Pan odpowiadał przed zarządem naszej firmy.

Skutki były do przewidzenia zarówno „Bambosz” jak i trutnie zostali dyscyplinarnie zwolnieni z pracy, Klienta trzeba było przeprosić a szef dostał po kieszeni. Tak kończą się niekontrolowane prowokacje.

Krzysztof Różycki

 

 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here