Kto zawinił a kogo powiesili czyli przypadki menadżera ochrony

0
1495
fot. Fotolia

Nowa mini seria o perypetiach ludzi zarządzających ochroną fizyczną na obiektach. Zdaję sobie sprawę, że z tym zarządzaniem przesadziłem (a tu środek zimy) ale nie o kwalifikacjach menadżerów tym razem będzie mowa.

Obiekt handlowy, oddalony od centrali jakieś trzysta kilometrów a od najbliższego oddziału terenowego około dwieście. Styl zarządzania w agencji ochrony monarchia absolutna i to w dosłownym znaczeniu tego pojęcia. Dostarczenie dokumentów pracowniczych na obiekt trwa trzy tygodnie (albo i dłużej) – nie ma co się dziwić monarchia to umyślny pieszo pewnie bieży z pocztą. Wyposażenie pracownika ochrony w mundur i narzędzia pracy trwają czasem dwa lata co w niektórych przypadkach jest jednoznaczne z powiedzeniem – w czym przyszedłeś, w tym odchodzisz. Nie będę się rozwodził nad innymi aspektami (i tak w trakcie serii będą się przewijać).

Dzień pierwszy – czyli zaczynam zarządzać.

Zostałem menadżerem i byłem z tego bardzo dumny, ale tylko przez pierwsze dwie godziny od siódmej do dziewiątej rano. Zajrzałem do maila i otworzyłem załącznik przesłany od zarządu odnośnie moich obowiązków służbowych. Oprócz informacji o nienormowanym czasie pracy, użytkowaniu własnego samochodu i listy trzydziestu pięciu obiektów powierzonych opiece nie znalazłem nic. Ani struktury organizacyjnej, ani opisu kompetencyjnego stanowiska nie wspominając już o tym kto konkretnie jest moim szefem. Zacząłem jednak układać harmonogram zadań i planować spotkania z Klientami. Gdzieś w okolicy drugiego tygodnia w terminarzu rozdzwonił się telefon. Pracownicy ochrony dowiedzieli się, że jest nowy koordynator. W ciągu godziny odebrałem około trzydziestu telefonów z zażaleniami typu – czekam drugi tydzień na zaświadczenie, nie zgadza mi się wypłata, nie dostałem jeszcze umowy i ciągle nie mam munduru czy identyfikatora. Skrupulatnie wszystko spisałem i natychmiast (zgodnie z obietnicami) wysłałem maila w tych sprawach do zarządu i odpowiednich działów w firmie. Kiedy zabrałem się za trzeci tydzień w terminarzu zaczęły się telefony od Klientów. Braki w umundurowaniu, brak pracownika czy pracownika Klient nie dopuścił do pracy, ponieważ jest nieumundurowany. Każda rozmowa kończyła się prośbą o pilne spotkanie. Rozrzut między obiektami od osiemdziesięciu do stu dwudziestu kilometrów. Super – na następne dwa dni zaplanowałem pilne spotkania i … cały harmonogram poszedł do kosza. Nim przystąpiłem do „aktualizacji” planu zadań wysłałem maila do zarządu z prośbą o udostępnienie umów zawartych z Klientami, aby się przygotować merytorycznie do spotkań. Zapoznać się z zaciągniętymi zobowiązaniami wobec Klientów, terminami realizacji usług dodatkowych (o ile takie są przewidziane) itp. Czekając na odpowiedź (przecież muszą to przygotować) rozpocząłem „aktualizację” nieskończonego jeszcze harmonogramu. Naprawiłem może trzy dni pierwszego tygodnia, gdy (ku mojemu zdziwieniu) otrzymałem odpowiedź. Pomyślałem, że albo ktoś przewidział moją prośbę albo są diabelnie szybcy. Jednak otwierając wiadomość zostałem zaskoczony (a w zasadzie znokautowany). W odpowiedzi przeczytałem, że informacje zawarte w umowach są tajemnicą handlową i nie można mi ich udostępnić. Zacząłem się zastanawiać, gdzie do jasnej ciasnej a niespodziewanej stokrotki napisałem maila. Może do jakiegoś Klienta? Ale nie, ale nie adresatem maila był zarząd mojej firmy i nikt inny. Sprawdziłem kto odpisał i okazało się, że to jeden z prezesów mojej firmy. Zacząłem intensywnie myśleć o co chodzi i nim zaczął mi się mózg gotować postanowiłem zadzwonić. Wykonałem sześć prób połączenia i na tym poprzestałem. Wróciłem do naprawiania harmonogramu i Neptun mi świadkiem, że chciałem naprawić ten harmonogram znowu telefony a na skrzynce mailowej siedem maili od Klientów w sprawie pilnego spotkania w związku z nieprawidłowościami w wykonaniu usługi. Zamknąłem terminarz około godziny dwudziestej drugiej i postanowiłem pierwsze dwa tygodnie załatwić wszystkie pilne sprawy – innej rady nie było. W biurowcu było już całkiem pusto. Spakowałem swoje rzeczy i poszedłem na parking. Wsiadłem do samochodu i popatrzyłem w lusterko – „jak tak będzie wyglądało zarządzanie to winszuję sobie awansu na … nawet nie wiem na kogo”.

A wspomniany obiekt na początku? Cóż wrócimy do niego w czwartej części przygód menadżera w agencji ochrony.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here