O komunikacji… (znowu)

0
66

Tym razem orłem jest kierownik stacji pogotowia ratunkowego. Przed chwilą obejrzałem wypowiedź i… trafiło mnie. Otóż dowiedziałem się, że… a może od poczatku.

Informacja jaką obejrzałem w wiadomościach dotyczyła pewnej Pani (specjalnie z wielkiej litery), która jadąc tramwajem zadzwoniła z informacją, że na przystanku leży osoba. Obok niej stoi tzw „balkonik” I w sumie wszystko ładnie, bardzo się cieszę, że nasze społeczeństwo reaguje, ale… przeraża mnie reakcja pogotowia.

Dla tych, co mnie nie znają zbyt dobrze – pracowałem w pogotowiu, w Warszawie. Dyżurowałem w karetkach reanimacyjnych i wypadkowych, w tym reanimacyjnej „noworodkowej”, więc trochę pojęcia mam. I nie mieści mi się w głowie, gdy dyspozytor nakazuje osobie wysiąść z tramwaju (jadącego) i udzielić pomocy. Mało tego, szef tej jednostki za chwile się wypowiada, że niezrealizowanie tej pomocy to czyn zagrożony karą z kodeksu karnego…

No ludzie… 162 KK trzeba czytać cały, a nie kawałek. To po pierwsze.

Po drugie – ta pani udzieliła już pomocy – zadzwoniła. Mam silne przeświadczenie, że gdyby chciała wysiąść w czasie jazdy, naraziłaby się na utratę życia lub zdrowia (patrz zapisy 162 KK).

Ale nie o tym. To tylko kanwa pewnej niekończącej się historii o polskich służbach. Gdzie każdy jest specem w każdej dziedzinie. Tym razem szef pogotowia oraz dyspozytor okazuje się, że są prawnikami, do tego karnistami. Cóż, skoro policja wchodzi w ich kompetencje informując o stanie stabilnym pacjentów po wypadku, to rozumiem, że i pogotowie tez szkoli z pozostałych dziedzin, nie tylko ratowania życia…

Porażka…

Pomijam, że to co przedstawiciele PR powiedzieli to bardzo luźna interpretacja przepisu.