BCG w bezpieczeństwie przykład

0
40

Dziś jest chyba tzw. “dzień latających siekier” (DLS). Za czasów mojej pracy w mundurze i na stanowiskach wykonawczych, tak nazywaliśmy dzień w którym było dużo pracy. Zdarzeń, incydentów, interwencji, czasem zadym (zależy która “firma”). Dziś to już trzeci artykuł, czy też wpis, więc to chyba DLS.

Tym razem będzie o bezpieczeństwie grupy produktowej, nie konkretnej marki, w kontekście incydentu. Kanwą są informacje jakie zostały opublikowane na jednym z wiodących portali informacyjnych.

Kilka słów wyjaśnienia. Nie ma znaczenia dla mnie, czy incydent jest inspirowany, czy wychodzi “przy okazji” – nadal dla mnie jest to działanie którego skutek uderza w produkt. Dlatego nazywam to incydentem.

Otóż dziś od rana czytamy o tym, jakie to paskudne są zupki i różne inne produkty do szybkiego przygotowania (art z 1/10 ale dziś się pojawił na „jedynce”). Nie będę wnikał kto za tym stoi, może za jakiś czas jak się pokaże jakiś nowy produkt, będący substytutem, ale nie mającym tych wszystkich złych cech, dowiemy się, kto był inspiratorem. Warto jednak spojrzeć na niezłe przygotowanie materiału. Jest zachęta (przynęta) – foto na stronie głównej z obrazkiem wskazującym że jest ze stopklatki filmu o charakterze badawczym (dokumentalnym) oraz jest “mięsko”, czyli mocne uderzenie. Tym mocnym uderzeniem jest film, który według autorów porównuje trawienie zwykłych produktów i produktów “z torebki”.

Oczywiście najpierw dramaturgia, która jest nieźle budowana, od opisu pomysłu, przez cykl produkcji, ze wskazaniem miejsc dystrybucji – czyli niemalże cały łańcuch dostaw. Po drodze kilka zdań o wydajności najlepszej linii produkcyjnej, czyli wskazanie, jak tanio się produkuje – czyli jak wielki zysk ma producent.

Pierwszy sygnał ostrzegawczy:

Przygotowanie materiału. Patrząc na portal i ostatnio dość częste literówki jak również to, co się w tym miejscu pojawiało – tak “specjalistyczny” artykuł nieco mnie zaskoczył. Więc postanowiłem przejrzeć, o czym pisał autor i czy ma zacięcie “naukowe”. Polecam  ciekawa lektura, osobiście sygnał alarmowy nadal brzęczy.

Drugi sygnał ostrzegawczy:

Doskonała wiedza na temat sposobu produkcji, podana nawet z wydajnością linii. Tu już bardzo mocno brzęczy.

Ale idźmy dalej. Ciekawe rozważania o wpływie na skórę, opinie dermatologa. Całkiem ciekawie, sygnał nr 1 nadal brzęczy.

Ostatnie zdanie, które mnie zaintrygowało, to zdanie o braku witamin. Nie są naszpikowane owe zupki, czy susz konserwantami, ale witamin nie ma. I ciekawostka, stwierdzenie, chyba na bazie tychże witamin – że nie ma wartości odżywczych taka zupka. A obok produkty z kategorii, ale już nie zupki. Cóż. O warsztacie się nie wypowiadam, widzę po prostu kolejny sygnał. Bo według producenta nieco tych wartości jest. I wartość energetyczna i kwasy tłuszczowe nasycone, i cukry i tłuszcze.

Trzeci sygnał ostrzegawczy:

Tezy postawione pod koniec. Ale już PO filmie, więc tak jakby “przyklepanie” tematu.

Podsumowanie sygnałów:

Aby wpaść na “jedynkę” takiego portalu wystarczyłaby moim zdaniem połowa tych informacji, które zostały opublikowane – oczywiście z filmem i pozostawienie tematu “żywego” do dyskusji. “Na pewno konsumenta interesuje” historia zupek, a jeszcze bardziej łańcuch dostaw do Polski oraz linia produkcyjna wraz z wydajnością. Cóż…

Prawie konkluzja, czyli o co chodzi.

Rynek tego typu produktów jest często w fazie “dojnych krów” (dla chętnych, artykuł sprzed ponad 4 lat). Więc patrząc na kierunek działania obawiałbym się raczej średnio, ponieważ jest to incydent związany z czymś, co jest uznane, wrosło niemalże w kulturę (dlatego dojna krowa – małe nakłady na reklamę, stały, stabilny rynek – o czym autor też pisze). I dla Polaków, którzy mają do wyboru jeść szybko (i tanio) albo jeść obiady – czasochłonne i nawet kilka razy droższe, cóż… wybór jest raczej jasny. Niemniej jeśli artykuł wynika ze świadomej lub nieświadomej inspiracji (o technikach “inspirowania” raczej nie na blogu – to już zostawiam na zamknięte szkolenia), to typuję że w niedługim czasie pojawi się na naszym rynku produkt bardziej pro-zdrowotny w tej kategorii. A marketingowy przekaz będzie być może odwrotnością tego co dziś przeczytaliśmy, a więc może będzie to “rewolucja w szybkim jedzeniu”, może będzie to “nowe zupki – maks witamin”, albo “prawie jak u mamy – ale nie musisz zmywać naczyń”.

Oczywiście, jak w innym artykule (o cudownych pergaminach i woreczkach papierowych do pieczenia), w którym też do produktu się odnosiłem – tym razem znajdującego się w fazie wschodzącej gwiazdy, tak i tu mogę się mylić.

Niemniej, mam nadzieję, że odniesienie się do dwóch zdarzeń, incydentów związanych z marką, grupa produktów, udało mi się nieco wskazać Czytelnikowi potęgę integracji działań bezpieczeństwa z marketingiem, badaniem i rozwojem (R&D), polityką informacyjną z całością otoczki (PR i MR – media relations).

Konkluzja – czyli o co chodzi

Jak widać na przykładzie dwóch artykułów, bezpieczeństwo to nie tylko “zgodności” (compliance). To przede wszystkim szukanie sposobu ochrony naszych zasobów – czy są one zasobami informacyjnymi (jak w przypadku “papierków”), czy są one uznanymi grupami produktowymi (jak w niniejszym przykładzie) zawsze  bezpieczeństwo powinno zaczynać się w produkcie lub usłudze – a więc w celu istnienia organizacji. Żadna norma, żaden standard nie zwolni nas  z myślenia o podstawie, o tym, co tak naprawdę należy chronić. Bo ryzyko jest wszędzie.